Polska kupuje haubice niemal hurtowo. Ale magazyny świecą pustkami. Jak to możliwe, że mamy z czego strzelać, ale nie mamy czym? Aby zrozumieć dzisiejszy kryzys, trzeba cofnąć się o kilka lat. W 2020 roku podstawowym systemem artyleryjskim Wojska Polskiego nie były nowoczesne Kraby, lecz pamiętające czasy PRL-u 2S1 Goździki – 342 sztuki w służbie. Każdy z nich strzelał pociskami kalibru 122 mm, których w magazynach nie brakowało.
Krabów – dumy polskiego przemysłu zbrojeniowego – mieliśmy zaledwie 48. W lutym 2022 roku, w dniu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, liczba ta wzrosła do 80. Ale nawet wtedy nowoczesna artyleria stanowiła zaledwie 18% parku haubic Wojska Polskiego. Trudno się dziwić, że amunicja 155 mm nie była priorytetem.
Z punktu widzenia planistów wojskowych i polityków inwestowanie 2 miliardów złotych w nową linię produkcyjną wydawało się absurdem. Taniej było kupić kilka partii amunicji za granicą – szczególnie że bieżące potrzeby wynosiły ledwie kilka tysięcy sztuk rocznie. Logika pokoju mówiła: po co budować fabrykę, skoro taniej sprowadzić gotowy produkt?
24 lutego 2022 roku logika pokoju wyparowała. Polska w geście solidarności przekazała Ukrainie 54 Kraby – czyli większość posiadanych. Do tego doszło ok. 130 Goździków i, co równie ważne, znaczna część zgromadzonej amunicji 155 mm.
Z dnia na dzień Wojsko Polskie zostało niemal bez Krabów i bez pocisków do nich. W tym czasie Ukraińcy zużywali dziennie nawet 10 tysięcy pocisków artyleryjskich – liczby nieporównywalne z naszymi dotychczasowymi planami. W tym właśnie momencie stało się jasne, że Polska – kraj frontowy NATO – nie ma żadnych realnych rezerw amunicji nowoczesnego kalibru.
Amunicyjna matematyka
Producent zakłada, że lufa Kraba wytrzymuje około 2000 strzałów. W 2020 roku przy 48 Krabach oznaczało to maksymalny potencjał 96 tysięcy pocisków. W 2022 roku – już 160 tysięcy. W praktyce nasze zapasy były znacznie mniejsze.
Szacuje się, że w 2020 roku Polska dysponowała ok. 25 tysiącami pocisków 155 mm, a w 2022 roku – ok. 35 tysięcy. Liczby zupełnie wystarczające na potrzeby szkoleniowe i utrzymanie niewielkiego parku maszyn. Ale całkowicie nieadekwatne wobec sytuacji, w której artyleria znów stała się „bogiem wojny”. Przekazanie Ukrainie haubic oznaczało także oddanie lwiej części tych skromnych zapasów. A Polska – w nowym, groźniejszym świecie – została z pustymi magazynami. Jednocześnie rząd zdecydował o gwałtownym zwiększeniu potencjału artyleryjskiego. Zamówiliśmy 364 haubic K9, z czego w jednostkach już jest 195 sztuk. Do tego dochodzą kolejne Kraby, które wciąż schodzą z linii produkcyjnej w Hucie Stalowa Wola. Łącznie Wojsko Polskie ma dziś ponad 230 nowoczesnych haubic 155 mm, a docelowo liczba ta zbliży się do 600. Innymi słowy – w ciągu trzech lat głównym kalibrem polskiej artylerii stało się 155 mm. To gigantyczna zmiana, ale też gigantyczny problem. Bo bez odpowiedniej amunicji te działa są tylko stalowym złomem.
Rząd i wojsko doskonale wiedzą, że jesteśmy w dramatycznym położeniu. Dlatego rozpoczęto działania na kilku frontach:
Zakupy za granicą – przy dostawach K9 z Korei Płd. dostajemy również partie amunicji. Kontrakt obejmuje dziesiątki tysięcy pocisków. Podobne zakupy prowadzimy też w innych krajach NATO.
Rozbudowa krajowej produkcji – dziś polskie zakłady (MESKO, Dezamet, Nitro-Chem) są w stanie wyprodukować ok. 30 tysięcy pocisków rocznie. Rząd zapowiada zwiększenie mocy do nawet 200 tysięcy, ale to wymaga ogromnych inwestycji i czasu.
Kooperacja sojusznicza – Polska bierze udział w unijnym programie wspólnych zakupów i zwiększania produkcji. W praktyce jednak każdy kraj myśli najpierw o własnych potrzebach.
Problem w tym, że tempo działań jest dramatycznie wolne w porównaniu z realnymi potrzebami.
Przy obecnym stanie posiadania – 229 haubic 155 mm – Polska powinna mieć w magazynach co najmniej milion pocisków, aby móc prowadzić długotrwałą obronę. Tymczasem realne zapasy są wielokrotnie niższe. Produkując 30 tysięcy sztuk rocznie, dojście do niezbędnego poziomu zajęłoby… prawie cztery dekady. A wojna toczy się tu i teraz. Dlatego zakupy zagraniczne są koniecznością – bez nich polska artyleria po prostu nie istnieje. Ale nawet one nie zastąpią krajowej produkcji, która daje niezależność w kryzysie.
Polska stoi dziś w obliczu kryzysu amunicyjnego, który nie jest winą zaniedbań sprzed 2020 roku. Wtedy decyzja o niebudowaniu drogiej linii produkcyjnej była racjonalna. Ale wojna zmieniła wszystko. Dziś potrzebujemy działań natychmiastowych – wielkich zakupów za granicą, przyspieszonej budowy fabryk, stworzenia rezerw strategicznych.
Bo jeśli dojdzie do konfliktu, nie będzie liczyć się liczba lśniących luf na defiladzie. Liczyć się będzie tylko to, czy mamy pociski, by te lufy mogły strzelać.









